HOME

Humor Bobrów

Bobry | Beavers | back to main page | powrót do głównej strony

Excuse me; these are mainly the language jokes - most of them completely impossible to translate. Choose one from the following:

Spisywane od 1997 do 2007 roku.     Najnowsze


1997.

Jest taki okres w nauce mówienia, kiedy dzieci unikają zdrobnień. Wszyscy rodzice o tym wiedzą. Nas jednak wprowadziły w zdumienie takie słowa w ustach naszych dzieci, jak
gąba - gąbka,
stat - statek,
pat - patyk,
czy wreszcie:
Mar - Marek.

Bóbr  Marek Marek ciągnie po podłodze jakiś sznurek. Babcia pyta:
- Co robisz, Marku?
Marek nic.
- Marku, w co się bawisz?
Cisza.
- Marku, odpowiedz Babci - zachęca Tato.
Marek wreszcie odpowiada półgębkiem:
- Konik nie mówi.
I dalej ciągnie swój sznurek.

Bóbr  Agnieszka - Kotek weszł na płotek - krzyczy Agnieszka.
- Wszedł - mówi do niej Ela.
- O, nie może wszejść - konkluduje mała.

- Co robisz, mój kocie? - zwraca się do Agnieszki Tato.
- Ja nie jestem koć, tylko kotek! - odpowiada kotek.

Marek, głównie zajęty sobą, zaczyna pomału spostrzegać innych. Któregoś dnia, w związku z jakąś wzruszającą sprawą, tatusiowi zakręciły się łzy w oczach. Marek przebiegał właśnie przez pokój. Hamuje, podchodzi do taty i kiwając głową mówi ze zrozumieniem:
- Dostałeś lanie od Mamy, Tata?

Marek obserwuje życie dorosłych.
- Tato poszedł do pracy. Zje kanapki i zaraz wróci.

Przed snem śpiewamy dzieciom różne piosenki, między innymi "Panienkę":
... kolejny dzień odfrunął nam, jak ptak...
Marek prosi Mamę: Zaśpiewaj o tym dzieniu kolejowym!

senek Dzieci mają czasem swoje przyzwyczajenia, i nie sposób ich zmienić. Agnieszka lubi piosenkę z Domowego Przedszkola, o deszczu:
... lecą w dół, lecą w dół, srebrne koraliki
... moczą drzewa, moczą pola, domy i chodniki.
Agnieszka za każdym razem dodaje, całkiem poza rytmem i rymem:
... - i lasy!

Marek jest zaciekawiony zmianą warty przy grobie Nieznanego Żołnierza (a rodziców fascynuje dykcja dowódców, którzy tą zmianą dowodzą).
W domu Marek wykonuje zwroty i sam sobie wydaje komendy:
- Uep! Bep!!!

Rodzicom też czasem się uda:
Dowolny rodzic: - Jedz, jedz, kotku.
Dowolny Bóbr: - Jestem pisklątko.
Rodzic: - No to jedz, pisklątko.
Pisklątko: - Pi, pi!
Rodzic: - Pi, pi. Dwa pi er.
Pisklątko: - ?
Drugi rodzic: - Cztery trzecie pi er sześcian.
Obydwa Pisklątka: - ??? (I znów nie jedzą. Kolejna klęska dydaktyczna.)
Mama

I znów się udało rodzicom:
Rozmawiamy wieczorem o tym, co najbardziej interesuje nasze dzieci. Marek ostatnio dużo pyta o zwyczaje różnych zwierzątek:
Marek: - Jak robi pingwin?
Mama spokojnie odpowiada: - Pingwin robi bardzo blisko, bo jest malutki.


Intelektualistka Styczeń 1998.

Agnieszka wygłasza pierwsze zdania o charakterze obserwacji ogólnych:
- Samoloty są kolorowe, a samochody po prostu jeżdżą.

A nawet filozofuje:
- Mama, wieś cio... ja nie wiem, cio wiem!


Luty 1998.

Nie unikamy też klasyki. Z okienka
Agnieszka płacze: - Uderzyłam się!!!
Mama: - O! W co się uderzyłaś?
Agnieszka: - W podłogę!
Mama: - Ale gdzie?
Agnieszka: - W kufni! Aaaa!!!
Mama nie traci nadziei: - Ale w którym miejscu???
Agnieszka (nie wypada z konwencji): - U Cioci Ewy!


Marzec 1998.

Bóbr  Marek Marek był bardzo grzeczny. Sam ułożył równo kołdrę. Tato gratuluje Markowi, a później, na wszelki wypadek, także Agnieszce.
Tato: - Możecie sobie pogratulować.
Marek do Agnieszki: - Gratulujemy się?
Agnieszka (wyciągając rączkę): - Gratu, gratu!


Bez glowy Maj 1998.

Agnieszka widząc maleńkiego pająka:
- Mamo! Ten pajączek jest ledwy!

I znów Agnieszka:
- Mama, a co będzie w piątek?
- Dzisiaj jest piątek.
- A kiedy będzie dziesiątek?


kapipan Czerwiec 1998.

Marek:
- Bez okularów Tata wygląda jakoś dziwnie...
- A w okularach?
- Rorrmarnie!


Lipiec 1998.

kopanie Ni stąd, ni zowąd Marek pyta:
- Czy Pan Jezus zabierze wszystkich do nieba?
I od razu sam sobie odpowiada:
- Nie, nie zabierze tych, którzy palą papierosy. Bo taki ktoś, kto pali papierosy, to zabierze ze sobą dużo papierosów, będzie je palił i Panu Jezusowi będzie duszno.

Chodzimy po lesie i oglądamy rozmaite grzyby. Większość z nich, to niestety psie grzybki. Widzieliśmy także hubę. Marek powtarza sobie nowo zdobytą wiedzę.
- Te grzyby psowe i kotowe i drzewowe są niedobre do jedzenia.

paluszki Po myciu Tato wyciera Agnieszkę.
- Podnieś nóżkę, córeczko.
Agnieszka podnosi.
- A teraz podnieś drugą.
- Nie mogę!
- Podnieś drugą nóżkę, Agnieszko!
Na twarzy córki maluje się niepokój. Buzia zaczyna przybierać kształt podkówki.
    Nagle Tato doznaje olśnienia!
- To najpierw postaw tę pierwszą nóżkę, a potem podnieś drugą.
Agnieszka bez trudu wykonuje manewr. Na jej inteligentnej twarzyczce widać ulgę.


Puchatek Sierpień 1998.

Agnieszka:
- Żaba kumkuje. Ona nie robi mówiu-mówiu, tylko kum-kum.

(A z tego będą się śmiać tylko prac. nauk. :-)
Agnieszka:
- Mama, ten motylek mnie doknął!
I od tej chwili Agnieszka jest już  post-dok.

I znów Agnieszka:
- Mama, co to?
- Cmentarz, córeczko.
- A co to jest cmentarz?
- To jest takie miejsce, gdzie pozostają pamiątki po tych ludziach, którzy już nie żyją i poszli do Pana Jezusa.
- Ale my jeszcze żyjemy, Mama?
- Tak, my jeszcze całkiem żyjemy, Agnisiu.
- Mama, a jak już będziemy starzy, to sobie kupimy taką długą drabinę, przybijemy ją mocno gwoździami, żeby się trzymała, i pójdziemy sobie prosto do nieba!

Mama: - Agnieszko, czy lubisz porzeczki?
Agnieszka: - Nie, bo są kwaśne.
Marek: - Ale porzeczki mają dużo witamin.
Agnieszka: - Ale ja nie lubię witamin.
Marek: - Ale Agnieszko, ty masz chore kolanko, to musisz jeść witaminy.
Cisza. Po chwili:
Agnieszka: - Mama, czy lizaki mają witaminy?

Dzieci już od dawna mówią prawidłowe, dźwięczne "r". Teraz uczymy się "sz" i "ż".
Tata prosi Agnieszkę:
- Powiedz "szczupak"!
Cisza.
- Agnisiu, powiedz: "szszszczupak" - prosi Tata.
Cisza.
- Agnisiu, proszę Cię, powiedz: "szszszczupak"!
Agnieszka po chwili, z filuternym uśmiechem:
- Rrrryba!


Wrzesień 1998.

Niejeden anglista byłby zachwycony następującą wypowiedzią Marka:
- W pokoju jest nikt!
- Pokaż! - domaga się Agnieszka, i pędzi zobaczyć.

Podsłuchane:
- Agnieszka, wiesz, jaka jest godzina?
- Jaka? - pyta Agnieszka.
- Taka! - krzyczy Marek, rozkładając ręce pod kątem prostym.

Agnieszka, zamiast jeść śniadanie, bawi się w żyrafę. Tato wygłasza przemowę zachęcąjcą do jedzenia. Na to Mama:
- Przecież ona tego wogóle nie pojmuje. Jej rozumek jest w stanie przyjąć tylko proste, krótkie informacje. Na przykład: "kot".
     Tato, który zna się na logice, wygłasza kolejną przemowę o tym, że "kot" to jedna informacja, a z kolei "nie kot" to już dwie: że "coś", i że "nie coś". Agnieszka przysłuchuje się temu z uwagą, bawiąc się dalej i ciągle nie jedząc.
     W końcu Tato przestaje teoretyzować i mówi prosto i krótko:
- Jedz!
     Agnieszka na chwilę przerywa zabawę. Po czym mówi:
- Mama, cy ja mogę być kotem?
     I dalej nie je!


Październik 1998.

Różne:
Kufnia. Helichopter. Dinozarł. On tam będzie był. Bagunki.

Przy okazji kąpieli w wannie czasem prowadzimy filozoficzne, a nawet teologiczne rozmowy. Marek pyta:
- Tata, jakie jest to nasze mieszkanie w niebie?
- Nie wiem, synku. Tego nikt nie wie. Na pewno jest bardzo piękne...
Marek jednak sam zna odpowiedź:
- Ono jest puste!


Listopad 1998.

Dzieci wracają z przedszkola. Panuje tam ostatnio wśród czterolatków moda na śluby. Agnieszka proponuje:
- Marek, ozenimy się?
Jej pierwsza miłość Marek nie wykazuje entuzjazmu.
- Moze potem.
Agnieszka nie rezygnuje:
- Marek, ozeń się ze mną!
- Moze po podwiecorku.
Jego pierwsza miłość - No to się pocałujmy!
- Jak się ozenimy - odpowiada trzeźwo Marek.
Agnieszka powoli się zniechęca.
- No to ja się ozenię z Krystianem.
Marek w płacz! Ale nie wiadomo czemu. Przecież on już wcześniej ożenił się z Karolinką!


Styczeń 1999.

Agnieszka:
- Mamusiu, jaka ty jesteś piękna! Jesteś dokładnie taka sama, jak ja.


Marzec 1999.

Dzieci bawią się balonikiem. Marek bada prawo grawitacji.
- Mama, dlaczego balonik spada na ziemię?
Agnieszka odpowiada bez chwili wahania:
- Bo balonik jest okrągły, a powietrze jest cieniutkie!

Na ulicy Agnieszka zauważa łysego pana. Za chwilę drugiego.
- Mama, wszyscy panowie nie mają włosów.
I od razu komentuje:
- Oni je sobie sami wyrywają. Bo oni nie wiedzą, co mają robić!


Maj 1999.

Marek:
- Mama, ja dziś w przedszkolu wziąłem ślub z Karolinką.
- Znowu...   A ksiądz był?
- Nie, nie było księdza.
- No, to co to za ślub, bez księdza.
- Mama, to nie był taki ślub w kościele. To był taki drugi, sztuczny.


Czerwiec 1999.

Agnieszka mówi do Eli:
- Ja chcę mieć małego słonika!
Wtrąca się Marek:
- Maciek ma takiego słonika.
Agnieszka:
- Ale ja nie mam!
Marek zna rozwiązanie.
- To się ożeń z Maćkiem, i wtedy będziesz miała.

Marek zrozumiał, na czym polega wspólnota małżeńska. Nas obserwuje!


Lipiec 1999.

Agnieszka ciągle identyfikuje się ze wszystkim, co spotka.
- Tata, ja będę tą żabką!
- Skoro tak, to może zostaniesz tu w lesie, a żabka pójdzie ze mną do domu.
Agnieszka myśli chwilę.
- To ja nie będę żabką, bo może żabka nie chce być mną, i wtedy będzie nikim!

Jedziemy przez las. Agnieszka:
- Czy w tym lesie są wilki?
Marek:
- Są, ale wilki boją się ludzi. Chyba, że są strrrasznie głodne. Wtedy połykają ludzi.
- Bez gryzienia?

Dzieci przyjaciół (gościnnie):
Agnieszka: - Ja chcę dziś siedzieć koło Agatki.
Tomek: - Agnieszko, miałaś siedzieć przy mnie!
Agnieszka: - No to ja już nie wiem, co zrobimy.
Agatka: - Ale Agnieszka ma dwie strony.
Tomek: - Rzeczywiście. Zapomniałem o tym.


Sierpień 1999.

W sierpniu córeczka naszych przyjaciół, Ewa (rówieśniczka Marka), miała lepsze powiedzonka niż Bobry.

Ewa budzi się w środku nocy:
- Mamo! Coś mi się śniło! Ale tak bez sensu, że nie warto opowiadać.

Zamiast ładnie poprosić, Ewa ciągle mówi "chcę". Tato przypomina jej:
- Córeczko, jest takie specjalne, magiczne słowo na "p".
Ewa:
- Pokus hokus?

I znów Bobry. Jesteśmy nad jeziorem. Coś dużego fruwa nam nad głowami. Agnieszka:
- Mama! Gzz!

Marek, mówiąc o przedszkolu:
- Ja już teraz pójdę do starszaków!
Agnieszka natychmiast odparowuje:
- A ja do bliźniaków!

Dzieci oglądają w TV transmisję z przedstawienia w cyrku. Trzy małe dziewczynki (7-12 lat) prezentują gimnastykę artystyczną na wysokim poziomie. Wujek pyta:
- A ty tak umiesz, Marku?
Marek odpowiada:
- Phi, one są tresowane, Wujku, a ja jestem normalny.


Wrzesień 1999.

Po pierwszej w życiu dzieci nocy w górskim schronisku:
- Jak ci się spało, Marku?
- Spałem jak twardy suseł!

Zjeżdżając rowerem ze schroniska na Polanie Chochołowskiej Marek i Tato grają w taką grę, że trzeba powiedzieć słowo zaczynające się na literę, na jaką kończy się słowo powiedziane przez poprzedniego gracza. Marek zaczyna jak zwykle od "M":
- Marek.
- Koala.
- Alarm.
- Michał.
Marek chwilę się zastanawia. W końcu mówi:
- Ła.
- Jak, jak, synku?
- Łaaaa!!!   No, tak robi lew.

Idąc wzdłuż Lejowego Potoku Marek i Tata prowadzą mniej więcej taką rozmowę, której z uwagą przysłuchuje się Agnieszka:
- Tata, jak rzeka wpada do morza, to czy morze robi się mniej słone?
- Nie. Wyobraź sobie, że jest cały wielki basem wody. To jest morze. I do tego basenu wsypiemy dziesięć ciężarówek soli. Jaka będzie ta woda?
- Słona.
- A teraz wlejemy do tego morza jedną malutką łyżeczkę wody. Czy woda będzie mniej słona?
- Nie, dalej będzie okrrropnie słona!
- Widzisz. Tak samo jest z morzem i rzeką.
Ale Marek snuje rozważania dalej.
- A jak wsypiemy do tego basenu sto tysięcy milionów sześć czterrrdzieści osiem i siedem ciężarówek soli?
Nagle włącza się Agnieszka:
- I pieprzu, Tata, i piiieeprzuuu!

Z pokoju dzieci dochodzi głos Agnieszki:
- Marek, róbmy tak: ły-ciu, ły-ciu!
Marek:
- Nie, róbmy odwrotnie!


Październik 1999.

Agnieszka ułożyła pierwszą własną piosenkę. O Krabach. Właściwie melodia nie jest jej własna, bo wzięła ją z filmu "Królestwo Mlecznych Ząbków". Ale tekst jest całkowicie oryginalny. Idzie mniej więcej tak:

Kraby, kraby, kraby, kraby,
Kraby - kraby - kraby, kraby.
Kraby, kraby, kraby, kraby,
Kraby - kraby - kraby, kraby!

Jak się mówi "wiewiórka" po angielsku?
Marek:
- Skłyrył.
Agnieszka:
- Pskłirułsk!

Babcia pyta Marka:
- Jak się mówi "on" po angielsku?
Marek odpowiada bez zająknienia:
- He [hi].
Agnieszka powtarza:
- Hi, hi, hi.
A jak się mówi "ona", Agnieszko?
- Ha, ha!

Mama wyjaśnia Markowi, jak nazywają się kolejne części ciała, pokazując na nim.
- A tu są żebra, syneczku.
Marek piszczy:
- Tu nie są żebra! Tu są łaskotki!

Samochód wertepny.


Listopad 1999.

Marek skarży się:
- Tata, te reklamy są głupie! Ciągle papierosy i papierosy! Ja bym na reklamie pokazał coś mądrego.
Agnieszka szybko wtrąca:
- Na przykład kotka.

Na gimnastyce dzieci robią nogami "rowerek". Pani wydaje polecenia:
- Teraz dzieci jadą pod górę, kręcą powoli, powoli... A teraz z góry, bardzo szybko!
Agnieszka przestaje kręcić.
- Agnieszko, dlaczego nie kręcisz?
- Bo z góry rower sam jedzie!


Grudzień 1999.

Marek do Agnieszki:
- Jak sobie podrzesz skafander, to ci żaden szewc nie zszyje!
Wtrąca się Mama z wyjaśnieniem:
- Szewc nie szyje ubrań, tylko robi buty.
Marek:
- A krawc?

I coś, co dzieci zauważyły, ku radości rodziców:
Marek do Mamy:
- Mamo, ja Ciebie kocham najbardziej ze wszystkich ludzi na świecie!
Mama z filuternym uśmiechem:
- Zaraz. A Tato?
Marek, lekko zrezygnowany:
- No tak, rzeczywiście. Zapomniałem o Tacie.


Styczeń 2000.

Zapomnieliśmy.


Luty 2000.

Agnieszka:
- Marek, nie masz żółtego pojęcia, jaka ja jestem głodna!!!
- Nie mówi się "żółtego pojęcia", tylko "zielonego".
- To ja nie mam zielonego pojęcia, a ty nie masz żółtego!


Marzec 2000.

Agnieszka jęczy:
- Kiedy wreszcie pojedziemy do tej umywalki?
Mama:
- Co??? Do jakiej umywalki?
- No jak to, do tej, gdzie są pawie!
- Aaa! Do "Łazienek"!

Dzieci są na gimnastyce. Agnieszce słabo dziś idzie:
- Nie mogę zrobić tego ćwiczenia, bo mi się płuca wyprostują!


Kwiecień 2000.

Podczas podróży samochodem dzieci chcą, żeby im czytać wszystkie napisy. Przejeżdżamy przez Kurów, znane miasto kożuszników. Wszędzie szyldy: Kożuchy, kożuchy.
Agnieszka:
- Jakie kożuchy?
Marek:
- Nie wiesz? Takie z mleka.


Potem wiele miesięcy nic. Znajoma polonistka Ania powiedziała, że to "kompetencja językowa dzieci wzrosła". Ale jednak...


Lipiec 2000.

Agnieszka:
- Tata, gdzie jest ten arbuz, który kupiliśmy?
- Arbuz? W piwnicy. Dziś go zjemy.
- Co? Ja nie chcę w piwnicy!

I znów Agnieszka.
- Ja mam w przedszkolu tylko jednego przyjaciela. Tylko JEDNEGO! Krystiana i Maćka.

Marek:
- Założyłem sobie kapcie tył naprzód.


Sierpień 2000.

Rozmowa w czasie wakacji w górach.
Tato:
- Kiedy wrócimy tu zimą, wszyscy będziemy jeździć na nartach.
Mama:
- Mnie na pewno nikt nie zmusi do jazdy na nartach.
Tato ma jeszcze cień nadziei:
- To może na ski-bobie?
Agnieszka:
- Ja chcę jeździć na ski-bobrze!

Dzieci wymieniają marki różnych samochodów. Marek usiłuje sobie przypomnieć:
- Były jeszcze takie samochody, które się nazywają jak jakieś robaki.
Agnieszka:
- Nie "Robaki", tylko "Żuki"!

Marek:
- Jagododzianki.


Listopad 2000.

Teraz będzie o naszej małej siostrzenicy, Zuzi, która ma dwa lata. Dzieci bawią się z nią balonikami, ale z jednego uszło powietrze. Zuzia woła:
- Ujek, nabduchaj balon!


Grudzień 2000.

W czasie dłuższych jazd samochodem Marek lubi liczyć.
- Doliczyłem do 64, ale nie tak normalnie, tylko samymi gorącymi liczbami.
Rodzice nie wiedzą, co Marek ma na myśli. Po kilku dniach Marek myje z Tatą naczynia. Pryska gorąca woda. Tacie coś świta.
- Marku, jak się nazywają takie liczby: 2, 4, 6, 8?
- Gorące.
- Gorące? Co to znaczy?
- Parzące.
Na Tatę przychodzi olśnienie! Jak myślicie, co to za liczby?

Liczenie to nie jest hobby Agnieszki. Mama pyta:
- Agnieszko, ile jest siedem dodać trzy?
Agnieszka liczy, liczy, postękuje. Po chwili mruczy do siebie:
- Muszę zdjąć rękawiczki.

Marek:
- Mnie nie jest zimno, bo ja jestem kuloodporny na zimno. Tylko czasem ta kuloodporność mi się wyłącza, jak jesteśmy na basenie.

Agnieszka:
- Dziś miałam zły dzień. Nie udały mi się rysunki, w przedszkolu było nudno...
Tato:
- Ale jeśli teraz ładnie zjesz kolację, umyjesz się, to ci poczytam przed snem i może ten dzień okaże się jednak dobry?
- Jak to? Przecież tego nie można przewinąć! Całej ziemi?!


Marzec 2001.

Marek woła w uniesieniu:
- Fortuna! Fortuna! Ktoś mnie obrzuca fortuną! Ja zaraz tego ktosia też obrzucę fortuną!
Po sekundzie zastanowienia:
- Mama, co to jest fortuna?


Wrzesień 2001.

Marek:
- Ojeju! Mam zawroty sumienia.


Listopad 2001.

Agnieszka nie może zrozumieć pani, która ma wadę wymowy. Następnego dnia komentuje:
- Ta pani ma pogięte słowa.

Marek:
- Tato, co to jest hamgumber?


Grudzień 2001.

Dzieci bawią się, Marek jest marynarzami. Polują na nietoperze (jak to marynarze).
- I nietoperz wypił zatrutkę! - informuje z triumfem Marek.
Agnieszka (jako nietoperz):
- Czy macie jakieś lekarstwo od umierania?

Mama do Agnieszki, która zawsze nakłada ubrania na złą stronę:
- Agnieszko, założyłaś bluzeczkę tył naprzód. Masz królika na plecach.
- Królik przekicał na inną polankę!

Agnieszka planuje:
- Mama, jak jak ja pójdę do nieba, to będę pomagać Matce Bożej, bo Ona jest gospodynią. Będę zamiatać niebo i czyścić chmurki.

Trwa zabawa, w której występują dwie grupy postaci.
Agnieszka, jako pierwsza grupa:
- Witajcie, przyjaciele!
Marek:
- Witajmy!


Luty 2002.

Przerabiamy lekcję o relacjach rodzinnych. Dzieci rozwiązują rebusy. Agnieszka nie lubi tego bardzo. Mama objaśnia rebus:
- Mamy "strzałka". Zamiast "rzałka" trzeba wstawić "ryjek". Co wyjdzie, Agnieszko?
Agnieszka postękuje. Rozgląda się bezradnie. W końcu oświadcza zrezygnowana:
- Pradziadek!!!

W czasie zabawy Agnieszka nie mówi normalnie, tylko krzyczy, piszczy, skrzeczy, i jeszcze nie wiadomo, jakie dźwięki wydaje. Tata nie może tego znieść.
- Agnieszko, kiedy ty w końcu zaczniesz mówić ludzkim głosem?
A Agnieszka na to:
- Meeee!!!

Dzieci uwielbiają kiszone ogórki. Podczas kolacji Agnieszka kładzie sobie na dłoni przepołowiony ogórek. Przygląda mu się uważnie. Po chwili mówi z troską:
- On jest martwy!

Mama z Agnieszką zjeżdżają na nartach. Mama przewraca się. Podjeżdża Agnieszka.
- Co się stało?
- Boli mnie siedzenie - odpowiada Mama.
- No to nie siedź, tylko zjeżdżaj.

Kilka dni wcześniej w Zakopanem odbywały się mistrzostwa świata w skokach narciarskich, podczas których Adam Małysz wykonał najdłuższy skok. Marek bardzo to przeżywa:
- Mama, czy są w sklepach bluzki z Adamem Małyszem?
Agnieszka nie dosłyszała:
- Co? Jakie kluski?
Jeszcze długo wspominaliśmy kluski z Adamem Małyszem podczas obiadów u Gaździny w Małym Cichym, pod Zakopanem.

Agnieszka zastanawia się:
- Jeśli niewidomi nie widzą, to jak oni widzą?


Marzec 2002.

Ćwiczymy dodawanie do dziesięciu. Tato do Agnieszki:
- Ile to będzie: dziesięć dodać jeden?
- Jedenaście
- A dziesięć dodać dwa?
- Dwanaście.
I tak dalej. Około osiemnastu Agnieszka proponuje:
- Tata, zapytaj mnie, ile to jest: dziesięć dodać zero?
- No, dobrze. Ile to jest, Agnieszko, dziesięć dodać zero?
- Zeronaście!


Czerwiec 2002.

Przy kolacji jedna grzanka przypaliła się i dymi. Tato:
- Grzanka dla najodważniejszego!
Marek:
- Jestem najodważniejszym z nieśmiałków!
Tato:
- Albo najśmielszym z odważników.


Sierpień 2002.

Marek:
- Sezamie, zamknij się!
Agnieszka:
- A Sezam poszedł i zamknął się w kuchni.

Agnieszka zobaczyła na ławce motyla.
- Mamo! - krzyczy - ja wczoraj uratowałam takiego samego motyla, który wpadł do brodzika!
I dodaje, pokazując rączkami:
- Tylko mój był o numer większy.


Styczeń 2003.

Dzieci są już w drugiej klasie. Więcej piszą. Mają jednak dużo kłopotów z polszczyzną. Bardzo trudno im rozpoznać, kiedy pisze się "ś" a kiedy "si", podobnie "ć" i "ci", "ę" i "en", i tak dalej.

Zaglądamy do zeszytów dzieci i co tam widzimy:

mrozina zima, bąbka, prezęty, przyjazini, siwięta, siwiat, poznalisimy, siwieci, maszyna do szyća, zdruw, zbódować, bendę, pouczająca mysil, przykrylisimy, mielisimy, świecilisimy, zasipiewam na Pasterce, no i wreszcie przebój semestru: cima.


Marzec 2003.

W Środę Popielcową Marek pyta:
- Mama, czy to prawda, że w Wielkim Poście rezygnujemy z różnych ważnych rzeczy?
- Taak... Można to i tak powiedzieć, chociaż...
Ale Marek nie czeka na zastrzeżenia.
- No to ja rezygnuję ze szkoły!


Kwiecień 2003.

Agnieszka:
- Mama, czy w sobotę będzie już lany poniedziałek?


Sierpień 2003.

Agnieszka bardzo się drapie, rozdrapuje wszystkie swoje ranki. Jesteśmy tym zdruzgotani.
- Agnieszko - mówi zrozpacznoa Mama - ty jesteś już dziurawa!
- Ona przecieka, Mama, ona przecieka! - krzyczy Marek.

Agnieszka jest poruszona przypowieścią z Ewangelii o rozmnożeniu chleba.
- Jak Jezus mógł nakarmić tyle ludzi dwiema rybami?! To musiały być wieloryby!


Wrzesień 2003.

W tym miesiącu Tato ma pomysły.

- Czy tydzień dobroci dla Bobrów można nazwać tygodniem bobroci?

- Co mówią Bobry, gdy wracają do domu po długiej podróży?
- Mówią tak: Wszędzie bobrze, ale w domu najbobrzej.


Marzec 2004.

Agnieszka, w złości:
- Jak ja go dorwę, to mu tak przyłożę, że mu wszystkie żebra powypadają!
Marka to nie przekonuje.
- A jak to będzie bez... eee... bezkręgowiec?


Maj 2004.

Agnieszka:
- Chomik szablozęby.

Marek:
- Libiszczanie (chodzi o Libijczyków).


Epilog

Grudzień 2006.

Przepisane z zeszytu Marka:
Inteligencja to jest coś, co ma człowiek, ale nie zawsze tego używa.

Luty 2007.

Marek:
- Dlaczego w Wąchocku szafy leżą na podłodze?
- Żeby można było sięgnąć na górną półkę.

Maj 2007.

Tata, na widok jakiejś reklamy:
- Zobacz, w tej szafie jest żyrafa.
MareK
- Bo to szafari. Safari w szafie.

początek


Ja, Prosiacek

HOME Bobry | Beavers | back to main page | powrót do głównej strony